Marrené Waleria - Dzieci szczęścia - powieść

Dzieci szczęścia





Pan Melchior do takich należał, bo właśnie w parę minut po odejściu prezesa, wchodził z bukietem w ręku do buduaru Marceli.
Sama jego postać stanowiła dysonans wśród jej niewyraźnych marzeń.
On stał zapatrzony w nią, jak w obraz, zachwycony zmianą, jaką tu zastał, szczęśliwy pogodą jej czoła, bo przecież ta była jego dziełem.
— Ach, to pan — wyrzekła niedbale Marcela.
Miał prawo rachować na inne powitanie.
Uderzyła go jej chłodna obojętność; zdawała się myśleć o czem innem i rzuciła mu te słowa, niby bogacz grosz jałmużny.
— Jesteś pani teraz przynajmniej spokojną — wyrzekł, obrzucając ją spojrzeniem, pełnem tkliwości.
Uśmiechnęła się lekko.
— Tak, okoliczności się zmieniły.
Bukiet pana Melchiora wydawał się bardzo skromnie przy mnóstwie kwiatów, których woń wiośnia-
na napełniała pokój.
Usiadł w milczeniu obok Marceli i pomyślał, że serce jej nie miało domyślności żadnej, lub też nie oceniło należycie bezinteresowności jego ofiary.
Trudno mu było nawiązać rozmowę. Istniało tu nieporozumienie, które, choć nie wcieliło się w słowa, czyniło ją niemożliwą.
On nie mógł wypowiedzieć, co dla niej uczynił, ale miał prawo żądać, wzamian łaskawego słówka, uśmiechu, choćby tylko szczerego uściśnienia dłoni.
Ona znajdowała go natrętnym, a gdy porównywała jego pospolitą powierzchowność z wytwornem obejściem człowieka, który, jak mistrz doskonały, umiał grać na jej nerwach, miała
ochotę zamknąć oczy, by odnaleźć jego obraz, wyryty głęboko w pamięci.
Pan Melchior przez czas jakiś szukał sposobu, jakimby mógł określić ich wzajemne położenie i, jak zwykle, zaczął niezbyt szczęśliwie.
— Panno Marcelo — wyrzekł przyciszonym głosem — czy brat nie wspominał pani o mnie?
Ognisty rumieniec twarz jej oblał, ale milczała.
Skoro pan Melchior chciał sformułować swoją propozycyę — niech mówi.


<<Poprzednia 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | 32 | 33 | 34 | 35 | 36 | 37 | 38 | 39 | 40 | 41 | 42 | 43 | 44 | 45 | 46 | 47 | 48 | 49 | 50 | 51 | 52 | 53 | 54 | 55 | 56 | 57 | 58 | 59 | 60 | 61 | 62 | 63 | 64 | 65 | 66 | 67 | 68 | 69 | 70 | 71 | 72 | 73 | 74 | 75 | 76 | 77 | 78 | 79 | 80 | 81 | 82 | 83 | 84 | 85 | 86 | 87 | 88 | 89 | 90 | 91 | 92 | 93 | 94 | 95 | 96 | 97 | 98 | 99 | 100 | 101 | 102 | 103 | 104 | 105 | 106 | 107 | 108 | 109 | 110 | 111 | 112 | 113 | 114 | 115 | 116 | 117 | 118 | 119 | 120 | 121 | 122 | 123 | 124 | 125 | 126 | 127 | 128 | 129 | 130 | 131 | 132 | 133 | 134 | 135 | 136 | 137 | 138 | 139 | 140 | 141 | 142 | 143 | 144 | 145 | 146 | 147 | 148 | 149 | 150 | 151 | 152 | 153 | 154 | 155 | 156 | 157 | 158 | 159 | 160 | 161 | 162 | 163 | 164 | 165 | 166 | 167 | 168 | 169 | 170 | 171 | 172 | 173 | 174 | 175 | 176 | 177 | 178 | 179 | 180 | 181 | 182 | 183 | 184 | 185 | 186 | 187 | 188 | 189 | 190 | 191 | 192 Nastepna>>