Marrené Waleria - Dzieci szczęścia - powieść

Reklama:





Zapraszamy:





Dzieci szczęścia





Czekała przez chwilę, ale ta twarz miała coś nieubłaganego, w miarę, jak się w nią wpatrywała, przebiegało ją nerwowe drżenie, bo on nie był podobnym do kochanka; przywodził
raczej na myśl człowieka, co wyrwał z piersi uczucie, i pełna przerażenia, bólu, niepewności, zawołała:
— Ryszardzie!
Zrozumiał ten okrzyk śmiertelnie zranionego serca, zrozumiał wszystko to, co w nim dźwięczało.
Podniósł głowę z nagłem postanowieniem, jak ten, co rad był zwlec bolesną chwile, przecież nie cofa się przed nią, gdy nadeszła.
Przez czas jakiś spoglądali na siebie już nie jak kochankowie... We wzroku obojga znać było, że badali się wzajem.
Marcela była dumna, i duma dodała jej siły.
— Pomiędzy nami — wyrzekła głosem, który mimowoli drżał i łamał się na ustach — skończyło się wszystko. Nieprawdaż?
Wzrok utkwiła w jego twarzy, jakby chciała się przekonać, z jakiem czołem zniesie te słowa, czy nie zaprzeczy jej gwałtownie...
Ale on był snadź na to przygotowany i uczuć swoich nie zdradził.
— Posłuchaj mnie, Marcelo: gotów jestem uczy. nić wszystko, co będziesz chciała.
Nie jesteśmy dziećmi oboje, sądźmy położenie takiem, jakiem jest. Pozwól je sobie przedstawić.
— Alboż go nie rozumiem aż nadto! — wybuchnęła.
— Kiedym cię poznał — mówił, nie zwracając uwagi na tę przerwę — mogłem sądzić, że los ziścił najwymyślniejsze moje marzenia.
Pokochałem cię, zostałem twoim narzeczonym. Wszystko zdawało się nam sprzyjać.
— Tak, tylko omyliły cię pozory. Pogardliwy uśmiech zarysował mu się na ustach.
— Sądzę, iż poznałaś mnie nadto, by stawić w rzędzie łowców posagowych. Nie potrzebuję dobijać się tego, co sam zdobyć potrafię.
— A jednak...
Skinął ręką, prosząc, ażeby pozwoliła mu dokończyć.


<<Poprzednia 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | 32 | 33 | 34 | 35 | 36 | 37 | 38 | 39 | 40 | 41 | 42 | 43 | 44 | 45 | 46 | 47 | 48 | 49 | 50 | 51 | 52 | 53 | 54 | 55 | 56 | 57 | 58 | 59 | 60 | 61 | 62 | 63 | 64 | 65 | 66 | 67 | 68 | 69 | 70 | 71 | 72 | 73 | 74 | 75 | 76 | 77 | 78 | 79 | 80 | 81 | 82 | 83 | 84 | 85 | 86 | 87 | 88 | 89 | 90 | 91 | 92 | 93 | 94 | 95 | 96 | 97 | 98 | 99 | 100 | 101 | 102 | 103 | 104 | 105 | 106 | 107 | 108 | 109 | 110 | 111 | 112 | 113 | 114 | 115 | 116 | 117 | 118 | 119 | 120 | 121 | 122 | 123 | 124 | 125 | 126 | 127 | 128 | 129 | 130 | 131 | 132 | 133 | 134 | 135 | 136 | 137 | 138 | 139 | 140 | 141 | 142 | 143 | 144 | 145 | 146 | 147 | 148 | 149 | 150 | 151 | 152 | 153 | 154 | 155 | 156 | 157 | 158 | 159 | 160 | 161 | 162 | 163 | 164 | 165 | 166 | 167 | 168 | 169 | 170 | 171 | 172 | 173 | 174 | 175 | 176 | 177 | 178 | 179 | 180 | 181 | 182 | 183 | 184 | 185 | 186 | 187 | 188 | 189 | 190 | 191 | 192 Nastepna>>